Łukasz – nie spodziewałem się wielkich rzeczy, ale wbrew pozorom zdarzyło się całkiem sporo.

Łukasz – nie spodziewałem się wielkich rzeczy, ale wbrew pozorom zdarzyło się całkiem sporo.

Wyniesionego z domu katolicyzmu w latach młodzieńczych za bardzo nie przeżywałem, raczej robiłem to, bo tak trzeba, taki przymus, tak wypada. Tak było do końca liceum. Poszedłem na studia z dala od domu. Skoro jestem daleko, nie ma nikogo znajomego, to już nie ma potrzeby chodzić do kościoła. Tak żyłem około roku. Wtedy poznałem kolegę kolegi, który był bardzo religijny. Był on zadziwiająco radosny, do wszystkiego podchodził z uśmiechem, do każdego przyjaźnie, złoty człowiek. Szanowałem to, że jest religijny, choć podchodziłem do tego dość obojętnie. Spotkaliśmy się kolejny raz na imprezie i zapytałem, jak to u niego jest z tą wiarą, rozmawialiśmy dość długo. Później widywaliśmy się częściej. On chodził do neokatechumenatu i pewnego razu zaprosił mnie na katechezy. Spróbowałem. Spodobało mi się tam, pomimo, że byłem tam jedyną osobą poniżej 40. roku życia. Czułem się z tym średnio – jeśli chodzi o integrację. Ale jedna rzecz się we mnie wtedy zmieniła. Raz po katechezach mieliśmy coś w stylu liturgii pokutnej. Zawsze byłem cięty na spowiedź, nie widziałem sensu, żeby obcemu facetowi mówić moje grzechy. Nie byłem przekonany, ale gdy wyznałem grzechy, ksiądz powiedział „Synu, wielka łaska, że tu przyszedłeś”. Całkowicie mnie to zaskoczyło, zbiło z tropu. To był pierwszy moment, kiedy pomyślałem, że myślałem o wierze w kompletnie niewłaściwy sposób. Pierwszy raz coś się we mnie przestawiło. Dołączyłem do wspólnoty, ale ze względu na brak czasu musiałem zrezygnować. To było w kwietniu 2018 roku. Wtedy moja dziewczyna Weronika powiedziała, że skoro nie chodzę na neokatechumenat, to zabiera mnie na Kurs Alpha. Znów zapaliła mi się wewnętrzna lampka sceptycyzmu: zrezygnowałem z jednej wspólnoty, pójdę do drugiej, żeby znowu wyjść, ale postanowiłem że spróbuję.

Pierwsze co mi się spodobało na Kursie Alpha to jedzenie, lecz najważniejszy był dla mnie ogrom ludzi w moim wieku, wiec od razu odetchnąłem z ulgą. Trochę starszych, trochę młodszych, ale bardzo dużo osób. Każdy z każdym rozmawia, każdy się uśmiecha. Coś podejrzanie, coś za miło. Po kilku spotkaniach zobaczyłem, że to tak naprawdę wygląda. Na początku słuchałem wykładów tak neutralnie, a potem zacząłem się w to wkręcać . Po pewnym czasie wychodząc z wieczoru Alpha, nie mogłem się doczekać kolejnego czwartku. Głównie dzięki ludziom. Mieliśmy fajnie dopasowaną grupę, mogłem się z każdym dogadać, zawiązać lepszą relację. Wcześniej narzekałem, że zasięg znajomych mi się uszczuplił. Do tego wykłady z tematu na temat stawały się coraz ciekawsze, tak więc fajnie było tego słuchać. No i darmowa kolacja – wiadomo, ale to na marginesie.

Kolejna rzecz to weekend pod Warszawą w trakcie Kursu. Nie spodziewałem się wielkich rzeczy, ale wbrew pozorom zdarzyło się całkiem sporo. Najważniejsza dla mnie była spowiedź. Nie było tam nic niezwykłego – szybkie wyznanie grzechów, tu masz rozgrzeszenie, pokutę. Ale jak wyszedłem z tej spowiedzi, to poczułem się jakby ktoś mi zdjął takie źle dopasowane okulary, jakbym zobaczył świat kompletnie inaczej. Poczułem, że jestem w stanie uśmiechnąć się do każdej osoby, jestem w stanie pokochać każdą osobę, którą widzę przed sobą, a tych których kochałem wcześniej mogę pokochać jeszcze bardziej, choć wcześniej mi się wydawało, że nie potrafię. Do tego chyba pierwszy raz czerpałem taką prawdziwą radość z adoracji, że mogłem tam siedzieć blisko pana Boga, czułem jego obecność. To było dla mnie najbardziej intensywne doświadczenie w moim życiu religijnym w ogóle.

Co jeszcze kurs zmienił ? Ogólnie podejście do ludzi, łatwiej mi nawiązać kontakt z jakąkolwiek obcą osobą, oraz nastawienie do rzeczywistości. To jest taka bateria, która się zużywa i trzeba ją wymienić.

Czułem jakbym dostał zamiennik po bardzo długim czasie. Zauważyłem, że Bóg do każdego przychodzi w odpowiedni sposób w odpowiednim czasie. Wie, czego ten człowiek potrzebuje.