Olga – już nie muszę być najlepsza

Wychowałam się w tradycyjnej katolickiej rodzinie, ale jednak czegoś mi brakowało. Bóg był dla mnie kimś odległym. Chciałam więcej od życia, ale nic nie przynosiło mi zaspokojenia.

Myślałam, że idealnie zaplanuję sobie życie, wszystko będzie dokładnie tak, jak ja chcę i z determinacją dążyłam do osiągnięcia sukcesu. Wielką satysfakcję sprawiało mi bycie najlepszym. Ale kiedy już osiągnęłam jakiś cel, pojawiało się pytanie: co teraz? – które było dołujące.

Po przyjeździe na studia do Warszawy myślałam, że tu będę mogła dalej zdobywać szczyty. Starałam się wybić, nakręcałam się na wyścig szczurów. Gdy minął pierwszy rok i osiągnęłam więcej, niż zakładałam, coś we mnie pękło – pierwszy raz w życiu wszystko to okazało się bez sensu. Coś mnie gryzło, szarpało. Czegoś mi brakowało.

Na kurs Alfa trafiłam przypadkiem. Tuż po wejściu na salę szczęka mi opadła na widok zastawionych stołów i ludzi rozmawiających ze sobą, jakby się znali od wieków. I gdyby nie to, że ktoś zabrał mi płaszcz, uciekłabym, obracając się na pięcie.

Po kolejnym spotkaniu coś zaczęło we mnie kiełkować. Zaczęłam odnajdować odpowiedzi na ukryte pytania i doceniać prawdziwe piękno człowieka, sama dostrzegłam, jak powoli się zmieniam.

Momentem całkowicie przełomowym dla mnie był weekend Alfa. Tak bliskiego kontaktu z Jezusem nigdy przedtem nie doświadczyłam. Dotarło do mnie, że przez całe to moje pogmatwane życie On cały czas był przy mnie i niczego tak naprawdę nie chciał za swoją miłość. Gdy pozwoliłam Mu wejść przez moje drzwi, dotarł tam, gdzie nikt inny wcześniej nie mógł i zakleił wszystkie dziury w moim sercu. Zapanowała we mnie wielka radość. Cały bagaż przykrych doświadczeń został bezpowrotnie odcięty, a ja czułam się jak niewinne dziecko. Sama nigdy nie wiedziałam, skąd się wzięłam, dokąd zmierzam, a szczególnie czego oczekuję od życia. Nigdy też sama nie mogłabym tak gruntownie się zmienić. Nie prosiłam o wiele, a dostałam więcej, niż mogłam sobie wyobrazić.

W moim życiu wszystko się zmieniło, żadna chwila nie wygląda już tak samo jak kiedyś. Coraz bardziej odnajduję siebie, swoje miejsce w świecie, szerzej patrzę na rzeczywistość, potrafię odróżnić dobro od zła. Modlitwa teraz jest dla mnie żywą rozmową z Bogiem, niesamowicie bliskim spotkaniem.

Zaufałam Panu i już nie muszę się bać. Skoro on kocha mnie szaloną miłością, to cóż ja mam do stracenia? Uświadomiłam sobie, jak doskonale Bóg zna każdego z nas i wie, jak do nas dotrzeć.